fb rss

„Pomiędzy życiem a śmiercią”. Fragment książki

line

 

Czas słuchania

(…)

Jeśli miałabym wybrać to, co okazało się najważniejsze w trakcie prowadzenia badań na temat związków tożsamości i umierania, uznałabym, że była to umiejętność słuchania. Słuchanie to było niejednokrotnie doświadczeniem pod wieloma względami trudnym i „nieprzyjemnym”. Często po takim czasie zanurzenia w opowieść, ale i w rzeczywistość umierania, choroby oraz starości, i w związane z tym obrazy, zapachy, gesty, byłam wykończona i „wyrzucona z codzienności”. Nie potrafiłabym przy tym oddzielić mojej pracy jako socjolożki ode mnie jako osoby; wychodziłam przecież z domu opieki, z kliniki bądź z hospicjum z materiałem badawczym w formie autobiograficznych, nagranych na dyktafon, narracji oraz z socjologicznymi spostrzeżeniami, spisanymi lub zapamiętanymi, ale i z materiałem egzystencjalnym, który musiałam biograficznie przepracować.

W trakcie prowadzenia badań byłam wielokrotnie ostrzegana przed negatywnymi konsekwencjami tego typu pracy, przede wszystkim takimi, które miałyby spowodować rodzaj załamania albo depresji. Spotykałam się też z pytaniem, czy mam w ogóle prawo „badać umierających”. Między innymi to pytanie (które zadawałam sobie także sama) doprowadziło do tego, że przychodziłam do kliniki jako wolontariuszka działającej tam fundacji. Prowadziłam zatem badania, ale i  p o m a g a ł a m  pacjentom, najczęściej w wykonaniu podstawowych codziennych czynności – chodziło o zrobienie herbaty, otworzenie okna, pójście na zakupy. Ten etap trwał jedenaście miesięcy, spędzałam w klinice kilka godzin, przychodząc tam od jednego do trzech razy w tygodniu. Moje pobyty upływały głównie na rozmowach, które poza sporadycznymi przypadkami  n i e   b y ł y   n a g r y w a n e, co wynikało z braku odpowiednich warunków (pacjenci leżą tam w co najmniej czteroosobowych salach), z czym wiązał się brak spokoju i atmosfery intymności. Zarówno pacjenci, jak i personel wiedzieli, że jestem socjolożką, znali także temat pracy doktorskiej. Przedstawiając moje badawcze zainteresowania, od początku dawałam pacjentom możliwość „wpisania się” w sytuacje przylegające do tego, jak moi rozmówcy rozumieli to, co ich spotyka, czyli wymieniałam doświadczenie umierania, choroby oraz starości.

„Czas szpitalny” to rozpoznawanie znaczeń nadawanych doświadczeniu choroby w kontekście sytuacji pobytu w szpitalu jako sytuacji zawieszenia normalnego rytmu codzienności oraz w kontekście rekonstruowanej z pespektywy zachorowania na raka biografii pacjenta/pacjentki. Ten czas to także poszerzenie kategorii badania o spotkanie oraz przepracowanie problematyczności prowadzenia badań dotyczących sytuacji granicznych. Okazało się, że „bycie po prostu”, zwyczajna obecność przy cierpiącej osobie jest najczęściej obecnością pożądaną, potrzebną i oczekiwaną. Oznacza to, że nie pojawiałam się – wbrew ostrzeżeniom – nie tylko w klinice, ale i w domu opieki oraz w hospicjum jako intruz, lecz jako ktoś, na kogo się czeka i komu często później dziękuje się za tę prostą (bez)czynność słuchania. Z tego, między innymi, względu w kolejnych społecznych światach przyjmowałam wyłącznie rolę badaczki.

„Czas domu opieki” to skupienie na doświadczeniu starości, na pamiętaniu (i zapominaniu), na motywie „czekania na śmierć” oraz powiązanych z nim interakcji wraz z współtworzącymi je kontekstami oraz na etapie dokonanej lub niedokonanej biografi cznej pracy domykania własnego życia. Z jednej strony był to dla mnie „najlżejszy” czas, jeśli chodzi o interakcyjny poziom przebiegu badań – przychodziłam do jadalni domu opieki, rozmawiałam z jego mieszkańcami i mieszkankami, jadłam, wychodziłam na spacery i umawiałam się (bądź nie) na kolejne spotkanie już w pokoju konkretnej osoby (jednoosobowe pokoje umożliwiały komfortowe, spokojne przeprowadzenie wywiadu narracyjnego). Z drugiej strony, wyraźnie pojawił się problem „psychologizacji” starości: okazało się, że panujący w domu opieki smutek i marazm kwalifikowano jako depresję, poddając ją farmakologicznemu leczeniu. Mogę określić ten czas jako zanurzenie w powolność toczącego się czasu, w melancholię odchodzenia.

„Czas hospicyjny” to równoczesne przesiąknięcie ideologią ruchu hospicyjnego i zdystansowanie się do niej. Główna uwaga zogniskowała się na procesie umierania: splątaniu świadomości, cielesnym gaśnięciu oraz rwaniu się biograficznej opowieści. W hospicjum przeprowadzanie wywiadów odbywało się pod kontrolą pracującej tam psycholożki, która najpierw „polecała mnie” pacjentom świadomym, a następnie, po przeprowadzeniu wywiadu, otrzymywała ode mnie informację zwrotną na temat jego
przebiegu.

(…)

czas słuchania wyraźnie pokazał, że stygmatyzacji podlega nie tylko doświadczenie umierania, ale i instytucje profesjonalnie zajmujące się tym egzystencjalnym fenomenem i pracujące tam osoby, często słyszące opinie typu „nigdy nie mógłbym pracować w hospicjum”, a także badaczka, która postanowiła z socjologicznej perspektywy zająć się tą problematyką. Słuchałam zatem nie tylko opowieści o umieraniu, ale i wyrazów współczucia i litości kierowanych w moim kierunku przez osoby, które „nigdy nie mogłyby tam chodzić”.

 

 

 

Anna Wiatr, "Pomiędzy życiem a śmiercią. Opowieść o tożsamości i umieraniu", Zakład Wydawniczy Nomos, Kraków 2013